Krem-wydmuszka
Zaktualizowano: 6 wrz
Kupowanie kosmetyków przypomina mi czasem stąpanie po polu minowym - można trafić na krem-wydmuszkę czyli produkt, którego rzęsiste opisy na opakowaniu obiecują spektakularne efekty we wszystkich aspektach wyglądu skóry i cofnięcie zegara niemal do czasów niemowlęctwa.
Do napisania tego posta skłonił nas pewien rozczarowujący krem, znanej marki, zapewniający o powrocie do młodości. Faktycznie robił dobrze, ale tylko jedną rzecz - napinał skórę, a właściwie to ją…ściągał. Niestety poza tym nie dawał absolutnie nic więcej - nie było nawilżenia, plastyczności i elastyczności, łagodzenia i komfortu. Generalnie zmarnowane pieniądze. W kwestii składu klasyk - dla przyjemnej sensoryki użyto typowych surowców w produktach uchodzących za premium - elastomery silikonowe, mieszanka 3 zagęstników akrylanowych, a efekt napięcia uzyskano peptydami.
Co zatem może być przyczyną niezadowolenia? Czy zastanawialiście się dlaczego niektóre kosmetyki odczuwalnie poprawiają kondycję skóry a inne nie?

Odpowiedź wcale nie jest prosta. Na zachowanie produktu na skórze wpływa wiele czynników: skład (oczywiście), ale też rodzaj cery, stan skóry, a nawet pora roku czy wilgotność powietrza. Tworzenie receptur to nasza praca - dobór składników dla uzyskania określonego efektu jest chlebem powszednim, dlatego chcielibyśmy odnieść się do tego pierwszego aspektu.
Czy jest jakieś sprytne rozwiązanie tego problemu? Na pewno mamy swoje sposoby, aczkolwiek uniwersalnego wyjścia chyba nie ma. Rodzina i znajomi często nas pytają jaki krem polecamy, ale to jest pytanie pułapka ;) Każdy człowiek ma inną skórę, dlatego tak trudno jest stworzyć krem, który będzie się podobał większości klientów. Jednak z mojego doświadczenia wprost wynika, że zastosowanie poniższych rozwiązań daje niemal zawsze znakomite rezultaty:
Użycie surowców biokompatybilnych, np. emulgatorów tworzących struktury ciekłokrystaliczne (te struktury występują także w skórze) lub emolientów. Niektórzy producenci przedstawiają badania z których jasno wynika, że dobór takiego składnika względem syntetycznego, w bardzo prostej formulacji powoduje wzrost nawilżenia. Składniki te są łatwo "rozpoznawalne" i wbudowywane w skórę. Uwaga! Nie jestem przeciwna syntetycznym surowcom, mówię tu o moich doświadczeniach w recepturowaniu - czasem wybranie syntetyku jest absolutnie konieczne.
Zastosowanie surowców znajdujących się w NMF skóry. Cieszyłabym się gdyby do każdej emulsji dodawano hialuronian, aminokwasy, mleczan sodu, humektanty, delikatne kwasy w niewielkiej ilości, cukry czy PCA jako domyślne, bazowe elementy. Dlaczego tak nie jest? Ponieważ każdy technolog ma swój styl i sposób tworzenia receptur, ale co najważniejsze i najczęstsze - bardzo określony budżet, który nie pomieści tych składników. Nie znajdziemy bogatego składu w kremie za 20zł ze znanej sieci drogerii, a nawet jeśli INCI będzie rozbudowane, to substancji aktywnych będzie łyżka na cysternę.
Dobranie surowców znajdujących się w cemencie międzykomórkowym, czyli kwasy tluszczowe nasycone i nienasycone (omega 3-6-7-9, kwas stearynowy i palmitynowy), a także ceramidy, cholesterol (bardzo niedoceniany), skwalan, trójglicerydy i tokoferol.
Dodanie składników łagodzących i znoszących rumień. Chroniczny, niski stan zapalny na skórze często na podłożu stresowym (ach ten kortyzol…) powoduje zaczerwienienie trudne do zlikwidowania i wrażenie niezdrowej skóry. Wtedy to uzyskanie wymarzonego efektu glow czy też glass-skin bez make-up’u jest… prawie niemożliwe. Dlatego jego redukcja jest kluczowa - skóra podziękuje nam za solidną dawkę antyoksydantów (wit.C, resweratrol, glutation, ergotioneina), pantenol i alantoinę, a także prowitaminę D3 (mój ulubieniec) czy ekstrakt z wąkroty lub passiflory.
Użycie choćby części z tych składników znacząco poprawiłoby stan wielu skór, ale nadzieja że firmy kosmetyczne niezwłocznie zastosują je w swoich formulacjach jest raczej płonna ;)
Z drugiej strony muszę stanąć w obronie producentów - dla opłacalności biznesu, możliwości sprzedaży w sieciach handlowych, dla produktów, które płyną do nas do nas zza oceanów - muszą mieć w ofercie kosmetyki z długim terminem ważności (min. 30 m-cy) i dotyczy to zarówno marek w niskich cenach jak i premium. W tym celu trzeba użyć surowców, które się właściwie nie psują, dlatego tak trudno w nich znaleźć np. oleje z NNKT. Poza tym uwzględniając wymienione powyżej składniki istotnie rozbudowujemy skład, co zwiększa szansę, że coś przereaguje, a krem nie doczeka 3 lat.
Mniejsi producenci, którzy są nieobecni w mass marketach, mogą wypuszczać partie z krótszym terminem ważności (1,5-2 lata) i dlatego mogą sobie pozwolić na upakowanie składników odbudowujących płaszcz hydrolipidowy. Jednak ich kosmetyki są droższe i trudniej dostępne. Zatem docieramy do trójkąta: składniki vs cena vs dostępność, gdzie jednocześnie możemy zrealizować tylko 2 elementy.
Ale najciekawsze jest to, że na koniec dnia po przebojach z koncepcją marki, doborem składników formulacji i badaniami skuteczności produktu, klient może wybrać zupełnie inny produkt niż nam się wydaje, bo akurat tamten będzie w modzie, w promocji albo po prostu lepiej pachniał ;P




